Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thymos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thymos. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 grudnia 2011

Tu nie będzie przeklinania (chyba, że w cudzysłowie)




Miała być demokracja, a tu każdy wygaduje co chce
Lech Wałęsa






Okazuje się, że wystawa Thymos jest nadal dla niektórych osób problemem, z którym nie mogą się uporać. Również torunianka Monika Weychert Waluszko nie może / nie chce schować tematu do szuflady z napisem „oszołomstwo na które lepiej nie zwracać uwagi, bo tylko robi mu się reklamę”, co nakazywałaby rewolucyjna czujność i podejmuje wątek na stronach Obiegu.

Na końcu tekstu pojawiają się swego rodzaju przypisy lub bibliografia w postaci linków do stron internetowych. Jest tam również link do naszego bloga. Pani Monika wykorzystała link do naszego bloga niezgodnie z naszą intencją, nadużyła go, a być może nawet go zmanipulowała

(Nie wiemy,czy rzeczywiście zmanipulowała, bo nie wiemy na czym polega manipulacja dokonana przez pana Piotrowskiego. Jeśli dotrzemy do jakiejś sensownej wykładni „manipulacji”, to poprawimy tekst). Dlatego też zdecydowaliśmy się poświęcić artykułowi pani Weychert Waluszko niniejszy wpis. Tacy jesteśmy mściwi i gniewni, o!

W przeciwieństwie do pana Krasnego, pani Weychert chyba usiłuje pozorować postawę bezstronnego obserwatora, który tylko wyciąga wnioski z tego co widzi. Uważamy, że tylko usiłuje (a więc sugerujemy, że jej się nie udaje) i że tylko pozoruje, z kilku powodów. Już we wstępie wyraża opinię, że Piotrowski „spalił” wystawę, która mogła być ciekawa. Spalenie wystawy polegało na tym, że wystawę „przyćmił środowiskowy skandalik”. Takie postawienie sprawy miałoby sens tylko pod warunkiem, że Piotrowski jest winny zaistnienia „skandaliku”, co nie zostało poparte argumentami w dalszej części tekstu. Pani Waluszko „spaliła” więc swoją intencję (być może tylko domniemaną przez nas) wyrażając już w pierwszym akapicie opinię nieprzychylną Piotrowskiemu niepopartą argumentami. Pozwalamy sobie nazwać taką opinię bezzasadnym uprzedzeniem.

Sądzimy, że pani Monika Weychert-Waluszko próbowała być bezstronna ponieważ uważa ona, że błędy popełnili wszyscy, a nie tylko Piotrowski, co jest zaiste postawą chwalebną na tle opinii wielu innych osób.

1. Grzechy dyrekcji?
Nie jesteśmy pewni co wg pani Moniki jest grzechem dyr. Łubowskiego. To, że jego przekaz jest niespójny, czy to że w ogóle dopuścił do zaistnienia takiej wystawy, a zwłaszcza panelu dyskusyjnego po wernisażu? Niespójność polegałaby na tym, że dyr. Łubowski musiał wiedzieć jak będzie wyglądać wystawa, (a gdyby nie wiedział, to kompromitowałoby go to jako dyrektora) a jednak po otwarciu odciął się od niej (zwłaszcza od panelu).

Co do pierwszej możliwości, to sami też mamy żal do dyr. Łubowskiego. Podejrzewamy, że sytuacja go przerosła i trochę spanikował. Powinien przyjąć to na klatę i bronić niezależności i wolności wypowiedzi kuratora. Wystawa ani dyskusja nie łamały prawa (nie propagowały faszyzmu, komunizmu, rasizmu itd.) więc nie ma powodów, żeby CSW jako instytucja, a panowie Piotrowski i Łubowski jako osoby, mieli się czegokolwiek wstydzić. Wypowiedź kuratora Piotrowskiego nie była też polityczna w tym sensie, że nie mówił „głosujcie na PiS” (jeśli było inaczej prosimy o sygnał, bo może źle zapamiętaliśmy). Nie wychodziła więc poza ramy polityczności dopuszczane i intensywnie eksploatowane w wielu czołowych instytucjach sztuki w Polsce.

Jeśli prawdziwa jest druga opcja, że „grzechem” było samo zaistnienie wystawy, to wydaje nam się bardzo niepokojące. Czy wystawa, która spełniałaby wymogi zaakceptowanego wcześniej scenariusza, ale zawierała wątek polityczny, i to wątek „nie taki jaki powinien być”, nie ma prawa się odbyć? Czy dyrektor ma w takim przypadku prawo do ingerencji? Jest to sytuacja częściowo tylko, ale jednak podobna do „skandalu” związanego z pracą Romana Dziadkiewicza na wystawie Lucim żyje w CSW ZC. Wtedy dyrektor, którego nazwiska nie pamiętamy, a nie chce nam się sprawdzać w googlu, ocenzurował pracę, bo na filmie był masturbujący się pan. O ile sobie przypominamy, to dla wszystkich oprócz pana dyrektora, również dla nas, było jasne że zachował się on niestosownie, idiotycznie i podle. Z pewnością było to jasne dla pani Weychert, która była kuratorką wystawy i wyraziła swoją opinie w rozmowie zamieszczonej na stronie Obiegu


2. Grzechy artystów
Jeśli dobrze rozumiemy, to grzechem artystów jest nieuważne przeczytanie zaproszenia na wystawę. Bo gdyby przeczytali, to wiedzieliby, że Piotrowski będzie manipulował, zmieniał znaczenie i w ogóle.
Pisaliśmy to już w komentarzu na blogu Krasnali, ale powtórzymy. Prosimy, niech ktoś nam wytłumaczy w jaki sposób Kazimierz Piotrowski zmienił znaczenie prac usuniętych (lub nieusuniętych) z wystawy. Dlaczego praca pana Klamana nagle stała się „agresywna”? Jesteśmy pochodzenia robotniczo-chłopskiego, więc prosimy o wyrażanie się w sposób dla nas możliwie zrozumiały, prosty.

Dalej następuje akapit ambiwalentny. Bo z jednej strony pani Weychert Waluszko zauważa, że oburzeni artyści sfrajerzyli się w swoim liście, zarzucając wystawie polityczność. Przecież polityczność to, jako się rzekło, chleb powszedni najważniejszych galerii w Polsce od lat. Panowie artyści są więc naiwnymi dziećmi, może trochę nie na czasie. Jednakże, i to pani Monika zaznacza wyraźnie, myli się ten, kto na podstawie listu oburzonych artystów uzna, że prawo do wolności wypowiedzi ma tylko jedna strona politycznego sporu, czyli strona reprezentowana przez tychże artystów. O nie! Byłby to strzał w stopę i to do tego własną! Prawo mają obydwie strony, tylko tak się niestety składa, że jedna ze stron nie umie z tego prawa korzystać.

Dygresja językowa. Związek frazeologiczny „strzał w stopę” zakłada z góry, iż jest to stopa strzelającego, a więc jego własna stopa. Nie trzeba tego dopisywać. To tak jakby napisać „obudził się z ręką w nocniku. W tym nocniku był kał.” Your welcome, jak mawia John Hodgman.

3. Grzech kuratora
Skąd pani Monika wie, że Kazimierz Piotrowski ze swej wolności korzystać nie umie? Stąd, że jego wypowiedzi "przywodzą na myśl" pani Monice Weychert Waluszko "grzech pychy" (!) oraz wydają jej się śmieszne. Cóż za argument! Z jakąż neurochirurgiczną precyzją i apokaliptyczną jasnością (apokalipsa = objawienie) pani Monika wyjaśnia, dlaczego Kazimierz Piotrowski jest „be”.

Po pierwsze, nam wywód pani Moniki również przywodzi na myśl wiele rzeczy. Na przykład słowo „bzdura”. Czy to znaczy, że to, co pisze pani Monika, jest bzdurą? Pytamy śmiertelnie poważnie i nie znamy odpowiedzi (chociaż nie ukrywamy, że mamy swoje podejrzenia).

Po drugie, od kiedy to pycha lub jej brak są kryterium oceny zachowania kuratorów??? Pani Monika i wiele innych osób z pewnością znają się na historii instytucji sztuki lepiej niż my, więc będziemy wdzięczni za odpowiedź. Pytanie o śmieszność litościwie pomińmy.

Kończąc, przywołamy dwa jakże smutne cytaty z tekstu pani Moniki.

  • kurator o nieco przykurzonej już karierze dzięki publicznemu wydarzeniu głosi swoje „kontrowersyjne" poglądy. To może sprawić, że odzyska sławę skandalisty sprzed lat...

  • Alicja Żebrowska mówi w wypadku Piotrowskiego o odwadze. Ja powiedziałabym raczej o populizmie. Poglądy te nie są wygłaszane z perspektywy podziemia, a za ich głoszenie nic nie grozi (…) Kurator zaś prowadzi gierkę, za którą nic mu nie grozi. Najwyżej ostracyzm środowiska.

Drugi cytat jest, powiedzmy, kontrowersyjny. Krytyczna postawa wobec rządu rzeczywiście nie jest dziś odwagą na miarę np. KOR-u. Jednak stwierdzenie, że NIC za nią nie grozi jest w oczywisty sposób nieprawdziwe. Rozumiemy, że pani Monika uważa za normalne i popiera takie działania władz jak:
  • 17-latek dostaje wyrok w zwieszeniu w drugiej (!) instancji za nabazgranie na murze „jebać rząd”, co zostaje zakwalifikowane jako obraza konstytucyjnych organów państwa (mimo, że nie napisał o jaki rząd chodzi)
  • student umieszczający w internecie flashową gierkę zostaje obudzony o 6 rano przez funkcjonariuszy ABW, którzy przeszukują jego mieszkanie i piwnicę, a sprzęt zajmują. Sprawa jest w prokuraturze (od maja tego roku).
  • współwłaściciel dużego, krytycznego wobec władzy dziennika nie może kupić reszty akcji spółki od Skarbu Państwa, mimo że Skarb chce swoje udziały sprzedać. SP nie wyjaśnia dlaczego odmawia sprzedaży. Po wycofaniu się tego prywatnego współwłaściciela, SP od razu sprzedaje udziały innemu inwestorowi, który zmienia redaktora naczelnego.

Co do samego Piotrowskiego, to kuriozalne jest stwierdzenie, że co prawda nic mu nie grozi, ale grozi mu ostracyzm środowiska. Rozumiemy, że to wg pani Moniki znikoma szkoda i że nawet przez myśl by jej nie przeszło, by powstrzymać się od czegoś tylko dlatego, że groziłby jej za to ostracyzm nie ciemnogrodzkich mas, ale „środowiska”. Rozumiemy, że takiego ostracyzmu nie uważałaby za przeszkodę w wykonywaniu swojej pracy i za ogólny życiowy dyskomfort. Podziwiajmy odwagę pani Moniki.

Smutne jest jednak coś innego. Zanim powiemy co, ustalmy pewne założenie. Otóż zakładamy, że pani Monika i inni niechętni wobec Kazimierza Piotrowskiego, są sympatykami pewnego nurtu współczesnej sztuki, do którego zaliczani bywają np. tacy artyści, jak Katarzyna Kozyra, Robert Rumas, Dorota Nieznalska. Z nazewnictwem nurtów zawsze jest problem, ale chyba można się zgodzić, że taki nurt istnieje lub istniał. Za każdym razem, kiedy prace tych i innych artystów stawały się przedmiotem jakiegoś „skandalu”, jak z katarynki wyskakiwały dwa zarzuty.
  • Oni są słabi, ale mają „parcie na szkło”. Nie mogą zaproponować niczego wartościowego, więc celowo prowokują, żeby zaistnieć.
  • Ich prowokacja jest cienka, bo nic im za to nie grozi. Wręcz przeciwnie. Wśród znajomych zyskają szacunek za dowalenie ciemnogrodowi, a dzięki skandalom zyskują sławę i nowe zamówienia.

Sympatyzowanie nie polegało na bezkrytycznej afirmacji wszystkich „skandalizujących” prac. Polegało na tym, że uznawało się powyższe argumenty za niemerytoryczne, czasem za nieprawdziwe lub nieweryfikowalne, czasem za oszczercze, a przez to niegodne zastosowania w publicznej dyskusji. To bardzo szeroko zakreślone pojęcie „sympatyzowania”, dlatego uważamy, że można powyższe założenie przyjąć.

Przywołane tu cytaty z artykułu pani Moniki Weychert Waluszko to w dużym stopniu powtórzenie tamtych argumentów przy braku jakichkolwiek innych. Dlatego pytamy, czy w tym wszystkim o to Wam chodziło, by móc gnębić innych tak, jak sami krzyczeliście, że jesteście gnębieni? O take Polske walczyliście?







Wykorzystano, zmanipulowano oraz zmieniono znaczenie fragmentu pracy Grzegorza Klamana pt. Lider. Praca pierwotnie była częscią wystawy Thymos. Sztuka gniewu. Fotografię wzięliśmy stąd